KSIĄŻKA

 news663

Ktoś zapytał mnie jak długo pisałem tą książkę.
„Całe życie!” – odparłem.

Jest to bowiem historia krakowskiego jazzu opowiadana ustami tych, którzy tą historię tworzyli.
Przez 40 lat nagrywałem dla Radia Kraków wywiady z jazzmanami.
Nie było takiego muzyka związanego z Krakowem, z którym bym nie rozmawiał i rozmowy tej nie zarejestrował.
Kiedy te wywiady ułożyłem chronologicznie powstała piękna, autentyczna historia krakowskiego jazzu.
Opowiedziana przez nich.
Przez moich rozmówców. 

Najpierw wykorzystałem te wywiady do nagrania radiowego cyklu historyczno – dokumentalnego.

Miał ponad 40 odcinków 30-to minutowych.
Potem spisałem te wywiady i sukcesywnie ukazywały się one na stronie internetowej Radia Kraków.
I wówczas okazało się, że mam już napisaną gotową książkę.
Życie pokazało że była to połowa książki,

Wiele lat koledzy namawiali mnie żebym napisał historię krakowskiego big – beatu.
W latach 60-tych nie było żadnych publikacji na ten temat.
„Jak ty tego nie napiszesz, to pamięć po tym zaginie!”  – mówili.
Zastanawiałem się jak w historię jazzu trwającą kilkadziesiąt lat
wkomponować historię big – beatu trwającą zaledwie kilka lat.
Chodziło bowiem o początki krakowskiego rocka czyli drugą połowę lat 60-tych.
I wtedy postanowiłem napisać swój osobisty pamiętnik.

338304873_3_644x461_miasto-blekitnych-krakow-jazz-antoni-krupa-album-literatura — kopia

Historie opisane w książce biegną dwutorowo.
Moja historia od urodzenia z wplecioną w nią historią big  beatu
przeplata się z historią jazzu opowiadaną przez jazzmanów.
Kiedy to wszystko uzupełniłem archiwalnymi fotografiami, które udostępnili mi naoczni świadkowie zdarzeń,
powstało opasłe dzieło liczące sobie ok 500 stron.

Książka powstała siłami rodzinnej mafii.
Moja żona Gońka opatrzyła poszczególne rozdziały swoimi rysunkami i grafikami
córka Klaudia całość opracowała graficznie.

„Miasto błękitnych nut – czyli historia krakowskiego jazzu i nie tylko”
ukazała się nakładem Dworku Białoprądnickiego.

338304873_8_644x461_miasto-blekitnych-krakow-jazz-antoni-krupa-album-
Paweł Głowacki „Rodzaj Błękitu”
recenzja książki

 

Gdy kwietniową nocą 1959 roku w nowojorskim studiu Columbii przy 30. ulicy Miles Davis uwiecznia finalne brzmienia „Kind of blue” – Adam Makowicz jeszcze nie wie, że za sześć lat będzie spał na fortepianie w krakowskim klubie jazzowym „Helikon”. Sześć lat? Nie bądźmy upierdliwie małostkowi – o jazzie mówimy, nie o bitwie pod Grunwaldem. Sześć w lewo, sześć w prawo – obojętnie. Zacznijmy jeszcze raz. Opowiedzmy sedno rzeczy, nie encyklopedię.

Zatem, gdy przy 30. ulicy Davis kończy nagrywać swój mityczny rodzaj błękitu – świat jest jak zawsze dziwny. Tybetańczycy wykrwawiają się w rytualnym zwarciu z Chinami. Na Kubie władzę przejmuje karaibski Demostenes Fidel Castro. Nikita Chruszczow śle ziemianom uśmiechy coraz potworniejsze. Wszędzie tańczą twista. Edith Piaf ponoć mniej pije i śpiewa „Milorda”. Julio Cortazar wydaje „Grę w klasy”, której bohaterowie wciąż o tajemnicach jazzu gadając – próbują musnąć odwieczną nieuchwytność świata. Tak.
A w „dziurze” przy ul. św Marka 15. w „norze” z filarem pośrodku,
co go Wiesław Dymny freskami okrasił – Makowicz śpi na zdezelowanym fortepianie. Jeśli wziąć pod uwagę różnicę czasu między Nowym Jorkiem a Krakowem – w sumie nie ma się czemu dziwić. Ktoś musi spać, aby trąbić mógł ktoś.

Tak było. Że pół wieku temu Makowicz śnił swój jazz w „Helikonie”, to i tysiąc albo i sto tysięcy innych rzeczy – wiem
z historii krakowskiego jazzu pióra Antoniego Krupy, z jego przez Centrum Kultury „Dworek Białoprądnicki” przepysznie wydanej księgi „Miasto błękitnych nut”. Czy to przypadek, że w okrągłą rocznicę nagrania arcydzieła Milesa Davisa, które zmieniło uszy świata, właśnie teraz, gdy tłoczy się odświętne krążki „Kind of blue”, Krupa daje nam opowieść o zamarłym mieście ludzi słyszących nieuchwytność świata? Jeśli tak, to celny to przypadek.

Jakże gęsto było u nas pół wieku temu! Skaczę okiem po księdze Krupy, owszem, skaczę tak, jak gra się w klasy, i pewność mam, że głowa Krupy to znakomite chaszcze. Jego pamięć – gąszcz pędów smakowitych, pędów trąbek, skrzypiec, puzonów i fortepianów,
nie do rozwikłania kosodrzewina nazwisk świetnych, dźwięków, zapachów, barw oczu, twarzy, warg, kaców niezłomnych, świtów rozdygotanych, zmierzchów kojących nędzę chudych dni. Z bez mała trzystoma stronicami księgi pamięci Krupy gram w klasy, jak ongiś
po lekcjach grałem. I wraca zamarłe miasto uszu słyszących nieuchwytność świata. Stańko, Kurylewicz, Komeda, Seifert i tylu,
tylu innych…

Na powrót jest, jak było, gdy mnie jeszcze nie było. W studiu przy 30. ulicy Davis odkłada trąbkę. Wraca do domu. Nie sądzę, by to była prosta droga, ale – z Bogiem, Boże. Przy Marka 15 Makowicz śpi na fortepianie. Świta. Jurek Skarżyński, co o jazzie wiedział więcej niż ja o sobie, przymierza krawaty. Nie ten, nie ten, ten też nie. Ten?
Tak. Pamiętnie rozdygotaną dłonią podnosi do ust pocieszycielkę, bez której nie da się żyć – i rusza. Trzeba iść. Trzeba budzić Makowicza. Idzie, a Cortazar szepcze mu zdania, co je po śmierci jazzmana Clifforda Browna napisał. Słyszy bolesny finał: „A potem znowu przyzwyczajać się, że on i tylu, tylu innych, wszyscy nie żyjemy”. Doszedł. Puka. Puka dziś, choć nie ma już ręki. I drzwi od wieków nie te.
Nieskończony rodzaj błękitu jest już skończony.